wtorek, 20 października 2015

Essen 2015 - dzień 2

Drugiego dnia udało mi się przyjechać przed czasem i zdziwiłam się, że drzwi wejściowe otworzono kilka minut przed 10:00. Miałam w planach grę w "Mysterium" czyli odświeżone i poprawione wydanie "Tajemniczego domostwa". Niestety nie udało mi się dotrzeć do stoiska wystarczająco szybko, wszystkie stoły były już zajęte. Miałam do wyboru - poczekać aż skończy się gra i zwolni się miejsce lub iść dalej i poszukać czegoś innego. Wybrałam drugą opcję, żeby nie tracić czasu, wychodząc z założenia, że w końcu w "Tajemnicze domostwo" grałam. Szłam, rozglądając się dookoła, ale wszędzie widziałam tylko zajęte stoliki. Ze smętną miną dotarłam do końca hali, gdzie zobaczyłam rozłożoną grę z pięknymi figurkami, a przy niej miłego pana. Pan to był Sandy Petersen, a gra to "Cthulhu Wars", która czekała, aż ktoś do niej zasiądzie. Nooo... warto było spacerować :-) Wprawdzie nie jest to nowa pozycja, ale ja nie miałam jeszcze okazji w nią zagrać, a zwłaszcza z autorem. Szybko pojawili się kolejni chętni i rozpoczęła się partyjka w czwórkę, a twórca uczył nas zasad i podpowiadał jak zachować się w danym momencie. Muszę przyznać, że tłumaczył bardzo dobrze, od czasu do czasu zadając pytania kontrolne, aby sprawdzić czy rozumiemy o co chodzi. 
Pod względem mechaniki "Cthulhu Wars" przypominają mi trochę "Chaos w starym świecie". Na planszy mamy mapę z wydzielonymi terenami, które można podbijać. Do tego każdy z graczy ma figurki o zróżnicowanym potencjale - od zwykłych, pozbawionych siły ataku, aż po Wielkich Przedwiecznych. Jak tytuł gry wskazuje, są to potyczki oparte o prozę Lovecrafta. Przyznaję, że grało mi się bardzo dobrze i chętnie usiadłabym do gry ponownie. Na stoisku można ją było kupić za 200 euro (cena zaporowa, w Polsce jest taniej). Faktem jest, że gra ma ogromne i bardzo ciężkie pudełko - naprawdę czuć za co płacimy. Do tego można było nabyć sporo różnej wielkości dodatków. Nie da się ukryć, że aby zainwestować tak duże pieniądze w jedną grę, trzeba mieć pewność, że nie będzie się kurzyła na półce.


Na planszy powoli robi się gęsto
Sandy Petersen (w okularach)
Po zakończeniu rozgrywki zaczęłam rozglądać się za kolejnym wolnym stolikiem z grą. Padło na "Code of nine", japońską grę wydaną już kilka lat temu. Przyznaję, że nic o niej wcześniej nie słyszałam. Do stolika dosiedli się Brytyjczycy i razem zaczęliśmy studiować instrukcję, bo nikt z wydawnictwa się nami nie zainteresował. Jest to bardzo krótki tytuł (15-minutowy według informacji na pudełku) więc i zasady nie były zbyt skomplikowane. Gra toczy się pięć rund, w trakcie których gracze starają się zdobywać różnego rodzaju żetony w taki sposób, aby na końcu mieć najwięcej punktów zwycięstwa. Cały problem polega na tym, że robi się to troszkę po omacku. Na początku rozgrywki każdy dostaje dwie karty określające co i w jaki sposób wpływa na punkty zwycięstwa. Karty te są tajne, aczkolwiek gra daje możliwość ich podejrzenia. Mechanika to worker placement, gdzie każdy ma trzy pionki, które może postawić na wybranych polach akcji. Założenie jest takie, że w rundzie pierwszej korzystamy z pól dostępnych dla rundy pierwszej, ale w rundzie drugiej z tych dla rundy pierwszej oraz drugiej. I tak dalej - czyli z każdą kolejną rundą mamy więcej opcji. Im szybciej i trafniej zorientujemy się jakie karty celów są w grze i w co należy inwestować, tym większa nasza szansa na wygraną. Muszę przyznać, że jest to gra, w której pierwsza rozgrywka odbywa się trochę po omacku. Trzeba dobrze znać wszystkie możliwości (karty celów), żeby bardziej świadomie wykonywać swoje ruchy. Wszystko trwa szybko, jest trochę interakcji (można coś komuś zabrać, dołożyć, sprawdzić kartę), ogólnie nie najgorzej. Nie kupiłam, ale zagrać bym jeszcze mogła.

Plansza gracza
Plansza główna, która jest dwustronna. Tu strona dla początkujących (ma mniej akcji).

Po zakończeniu gry postanowiłam odwiedzić polskie stoisko - Polish Publishing League - czyli grupę polskich wydawnictw, promujących swoje tytuły. Była tam Fabryka Gier Historycznych z "Teomachią" (w którą, swoją drogą, też jest zamieszany Sandy Petersen), było "Board&Dice" z "Exoplanets" i "The Curse of the Black Dice", był Phalanx z "Magnatami" i wiele innych (Bomba Games, Let's Play, przyznaję, wszystkich nie pamiętam). Stoisko było duże i trzeba przyznać, że było przy nim tłoczno. Dowodem na zainteresowanie jest choćby fakt, że "Exoplanets" się wyprzedały :-)

Można było pograć przy profesjonalnych stołach
Jak widać - tłumnie



Potem powędrowałam do stoiska Asmodee, gdzie swoją grę "7 cudów: Pojedynek" promowali Antoine Bauza i Bruno Cathala. Skoro Bruno nie zjawi się na Festiwalu Gramy w Gdańsku, to trzeba było poszukać go w Essen :-) Grę świadomie zignorowałam, bo w Polsce czekał już na mnie egzemplarz, ale nie da się ukryć, że była absolutnym hitem targów (teraz po kilku rozgrywkach mogę przyznać, ze zasłużenie). 

Po krótkiej fotosesji poszłam do kolejnego polskiego stoiska - Trefla. Trzeba przyznać, że stolików miał sporo, również zajętych. Promowana była, między innymi, gra "Santiago".

Stoisko Trefla
Następnie stwierdziłam, że jednak nie odpuszczę i wróciłam do "Mysterium". Miałam dużo szczęścia, bo jak tylko tam doszłam, to zwolnił się stolik i mogłam od razu zasiąść do nowej gry. Towarzystwo trafiło się świetne, bo Amerykanie i Anglicy, a w grze kooperacyjnej, opartej na skojarzeniach, dobra komunikacja to podstawa. Trochę gorzej było z panią tłumaczącą zasady, która, wbrew informacji na plakietce, po angielsku mówiła ledwo ledwo. Na szczęście gra ma proste zasady. Jeden z graczy wciela się w ducha zamordowanej osoby. Będzie starał się za pomocą kart przekazać grupie informacje kto, gdzie i czym go zabił. Karty wyglądają jak rodem z "Dixita", więc nie jest łatwo. Generalnie jako grupa polegliśmy, ale i tak bawiliśmy się świetnie. Nowe wydanie jest przepiękne, a dodatkowo klimat budowany był przez wystrój pomieszczenia, w którym przyszło nam grać. Zamiast zwykłego stoiska ze stolikami, był to pokój z obwieszonymi pajęczyną obrazami na ścianach. Moim zdaniem najlepsze stoisko całych targów.

Niestety nie zrobiłam zdjęć samej gry

Kolejny tytuł, który przyciągnął mój wzrok to "Legends", prototyp gry, która zostanie wydana przez Ravensburgera. Od strony wizualnej gra wygląda pięknie, trochę gorzej jest z mechaniką. Gracze wcielają się w badaczy, którzy będą zbierali informacje na temat legendarnych miejsc, takich jak Atlantyda czy Szangri-la (nie pamiętam wszystkich). Rozgrywka polega na odwiedzaniu poszczególnych miejsc i wykonywaniu przypisanych im czynności, które polegają głównie na kolekcjonowaniu kart lub wykładaniu ich na planszę. Każdy ruch "kosztuje" pewną ilość czasu, a ten odmierzany jest na torze wokół planszy. Karty to informacje, które zbieramy. Im więcej mamy kart tego samego koloru tym więcej wiemy o miejscu, do którego dany kolor jest przypisany. Podczas punktowania (dzieje się to gdy znacznik gracza przekroczy określone pole na torze czasu) dostajemy odpowiednią liczbę punktów za to, co udało nam się zebrać. Zastanawiałam się czy źle grałam czy jednak gra nie jest najciekawsza, bo wiało nudą. Piękne wykonanie, a zero klimatu i kompletnie niewciągająca rozgrywka. Jak wspomniałam, jest to prototyp, więc może jeszcze coś zostanie usprawnione. Możliwe też, że gdzieś źle zrozumiałam zasady i stąd takie wrażenie. Chętnie zagram jeszcze raz, ale już w finalną wersję, żeby przekonać się jak jest naprawdę.

Plansza główna
Po prawej u góry plansza do zaznaczania punktów zwycięstwa, na dole - wizerunek naszego badacza
Pionki badaczy to drewniane popiersia, znaczniki wiedzy to drewniane książki - świetnie to wygląda


Spód pudełka i instrukcja (niestety tylko niemiecka). Góry pudełka nie było.





Zawiedziona nie najciekawszą rozgrywką, poszłam poszukać czegoś lepszego. Przypadkiem trafiłam na grę "Euphoria: Build a better dystopia", która została wydana dzięki zbiórce funduszy na Kickstarterze. Dystopia to ostatnio temat na fali, choćby za sprawą filmów "Igrzyska śmierci" czy "Zbuntowana". Mechanika gry stara się oddać klimat świata, który jest odgórnie sterowany i gdzie jednostki to tylko trybiki w maszynie, które nie powinny zbyt dużo wiedzieć. W grze występuje kilka frakcji, a każda wytwarza unikalny surowiec. Dzięki surowcom można wykonywać kolejne akcje, im więcej mamy tym większy wybór. Więcej nie napiszę, bo "Euphoria" to ciężkie euro z tak dużą liczbą opcji, że wystarczyłoby na osobny wpis. Mechanika opiera się o worker placement z wykorzystaniem kości. Podobało mi się to, że liczba oczek na kostce nie tylko wpływała na to jakie akcje można wykonać, ale też określała inteligencję naszego robotnika. Gdy suma oczek na wszystkich naszych kościach była za wysoka, to traciliśmy jednego robotnika - w końcu dystopijne społeczeństwo nie może być zbyt światłe. Ciekawostką jest to, że w grze nie kolekcjonujemy punktów zwycięstwa, a staramy się pozbyć gwiazdek, których każdy ma dziesięć na początku gry. Jest to więc swego rodzaju wyścig. Jak wrażenia? Bardzo dobre, chociaż gra jest moim zdaniem trochę nierówna. Pewne jej elementy (na przykład jedna z frakcji) zostały dołożone po zebraniu odpowiednich funduszy i po tej pierwszej rozgrywce wydały mi się troszkę doklejone na siłę (mogę się mylić, musiałabym więcej pograć). Podobnie jest z wykonaniem - gra zawiera dużo bardzo ładnych drewnianych elementów i do tego dość przeciętną planszę. Ogólnie jednak jest to pozycja warta uwagi, a nawet zakupu. Od zakończenia targów cały czas chodzi mi po głowie, że może trzeba jednak było sprawić sobie jeden egzemplarz. Jeśli będziecie mieli okazję zagrać, to polecam.

"Euphoria" w całej krasie
Lampa mi się odbijała w planszy, ale i tak widać, że dużo na niej elementów
Każdy drewniany element ma unikalny kształt, zależny od tego, co reprezentuje - np.  jedzenie to jabłuszka, energia to piorun.
Kostki są niby zwykłe, z liczbą oczek od 1 do 6, ale obrazkami stylizowanymi na trybiki maszyny, cudne :-)

Rozgrywka w "Euphorię" trwała długo, dzień się zbliżał ku końcowi, więc pora była na coś krótszego. Wybór padł na "Codenames" Vlaady Chvatila, grę, która na targach była w TOP3 najlepiej ocenianych gier (o tym co tam jeszcze się znalazło i jak wyglądało ocenienie, przeczytacie więcej w opisie dnia trzeciego). W momencie pisania tej relacji zajmuje ona pierwsze miejsce w rankingu gier imprezowych wszech czasów według strony BoardGameGeek.com. "Codenames" to lekka gry imprezowa, pojedynek drużyn szpiegowskich. Grałam w cztery osoby, czyli w dwie drużyny. Można grać nawet w osiem osób, ale nie bardzo wiem jak, trzeba by doczytać w zasadach. Mi gra wyglądała na idealną właśnie dla czteroosobowego grona. Ale przejdźmy do rzeczy. Na stole rozkładane są karty w układzie 5 x 5, na każdej widnieje jakaś nazwa. Obaj gracze naprowadzający (tj. z obu drużyn) widzą schemat rozmieszczenia kart, czyli które karty to czerwoni agenci, które niebiescy oraz gdzie są niewinne osoby i zabójca. Naprzemiennie dają oni członkowi swojej drużyny wskazówki, które z kart należą do agentów w ich kolorze. Mówią hasło oraz ilu kart ono dotyczy. Hasło to słowo, które jest wspólne dla dowolnie wybranej grupy kart. Może to być jedna karta, dwie, więcej. Odgadujący stara się domyślić, o które karty chodzi, wskazując je kolejno. Jeśli trafi w kartę swojego koloru, to zdobywa punkt; jeśli w kartę koloru przeciwnika, to przeciwnik zdobywa punkt; jeśli w osobę niewinną - nic się nie dzieje; jeśli w zabójcę - gra się kończy przegraną. Gra jest dość mózgożerna, zwłaszcza, że grałam po angielsku. Ciekawa jestem, jak poszłoby mi po polsku, bardzo chętnie spróbuję, jeśli ktoś ją wyda (zakładam, że wyda). W jednej rozgrywce wykorzystujemy tylko niewielką liczbę kart dostępnym w grze oraz jeden z wielu możliwych układów kart, więc rozgrywka szybko nie stanie się powtarzalna. Podsumowując, jest to ciekawa gra z bardzo brzydkim pudełkiem :-)

Kartka w kolorową kratkę to rozmieszczenie agentów, widoczne tylko dla osób udzielających wskazówek (tu leży na stole, bo gra się już zakończyła). Dla przykładu - jeśli naszymi agentami byliby Moscow i England można by dać hasło "Geography, two", co oznacza dwie karty reprezentujące coś związanego z geografią. Często o dobre skojarzenia jest naprawdę trudno.
"Codenames" była ostatnią grą, w którą udało mi się zagrać w piątek. Drugi dzień był również pełen wrażeń, a zakończył się wizytą w sklepie z tanimi grami - Heidelberger - do którego udało mi się wślizgnąć tuż przed jego zamknięciem. Udało się kupić coś w dobrej cenie :-)

Zapraszam wkrótce na trzecią część opowieści z Essen.

1 komentarz :

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

 

Blog przez e-mail