środa, 25 listopada 2015

Festiwal GRAMY w Gdańsku (XI 2015 r.)



Zapraszam na krótką relację z kolejnej edycji Festiwalu GRAMY, która odbyła się w Gdańsku w dniach 21-22 listopada.




Dzień 1

Jak zwykle przybyłam na AmberEXPO z samego rana i po wejściu na halę przywitał mnie widok trochę odmienny od tego, który spodziewałam się zastać. Organizatorzy przemeblowali trochę tradycyjne ustawienia. Scena główna została przestawiona na bok (przestała być centralnym miejscem targów, co jej specjalnie nie zaszkodziło, bo zazwyczaj i tak nie gromadziło się koło niej zbyt dużo osób, a bywało za to głośno). Prawą część hali zajmował przede wszystkim Festiwal Czytamy, który w tym roku wyglądał bardzo skromnie. Mało było książek, większość miejsca stanowił swego rodzaju plac zabaw  – trampoliny, piłki i atrakcje dmuchane. Natomiast część poświęcona grom miała naprawdę sporo stanowisk, na których można było znaleźć zarówno znanych, jak i początkujących wydawców gier. 

Zaczęłam od sali Essen, gdzie zgromadzone zostały nowości przywiezione z ostatnich targów. Miałam ochotę na partyjkę w „Shakespeare’a”, bo podoba mi się klimat gry, ale niestety nie udało mi się zagrać, był dość mocno oblegany. Zaczęłam od „Taverny”, gry, która podczas niemieckiej imprezy cieszyła się sporą popularnością, ale zebrała bardzo różne komentarze. Rozgrywka polega na umieszczaniu gości przy stołach. Do wyboru mamy pięć tawern, każdą w innym kolorze, goście również mają swoje kolory. Sztuka polega na tym, aby umieszczać wszystkich zgodnie z kolorami oraz symbolami występującymi na kartach odwiedzających i w tawernach. Umieszczenie czerwonej osoby na czerwonym miejscu w czerwonej tawernie pozwoli nam na zdobycie bonusu. Będziemy mogli wykorzystać akcję specjalną, jeśli znaczek na karcie gościa również będzie pasował. Oczywiście to tylko główne zasady, sama gra oferuje więcej możliwości kombinowania. Grałam w pełnym, pięcioosobowym składzie i muszę przyznać, że czas oczekiwania na swoją kolej był bardzo długi. Wprawdzie im dłużej graliśmy tym szybciej to wszystko szło, ale mimo wszystko jest to tytuł podatny na przestoje. Do tego mieliśmy trochę kłopotu z zasadami – może to wynikać z niezbyt dobrej instrukcji lub z faktu, że czytaliśmy ją dość pośpiesznie. Sam pomysł wydaje mi się jednak ciekawy i chętnie jeszcze w „Tavernę” zagram, bo widzę w niej potencjał. 

"Taverna" w akcji

Następnie na stół trafiła lekka karcianka, której tytułu niestety nie pamiętam i znaleźć nie mogę (coś z nightmares). Celem gry jest konstruowanie potworów – każdy składa się z trzech części – nóg, tułowia i głowy. Ukończenie całości pozwala na użycie zdolności monstrum (są one przedstawione za pomocą symboli). Miałam z tą grą ogromny problem – zgodnie z instrukcją karty (a zarazem części składowe potworów) występują w czterech kolorach – niebieskim, zielonym, żółtym i czerwonym. I ja nie wiem czy kart zielonych i żółtych nie było wcale czy te kolory były tak nierozróżnialne, że nikt z graczy ich nie widział. Przejrzeliśmy całą talię i wszyscy zgodnie stwierdzili, że są w niej tylko czerwone i niebieskie karty. Nasze domysły potwierdzały karty pomocy gracza, które opisywały, jakie zdolności potworów występują w grze – dwóch z nich nie było wcale. Nie wiem czy to błąd wydawniczy czy przygotowanie pod dodatek (wątpliwe). Generalnie gra w takiej postaci z jaką miałam się okazję zapoznać była ogromnie nudna. Nie mogłam się doczekać kiedy rozgrywka się zakończy. Muszę jednak napisać, że szczerze wątpię, żeby cztery kolory i więcej zdolności uratowały sytuację, to po prostu nie moja bajka. Nie było ani zabawnie, ani ekscytująco.

Kolejna pozycja, to też jedna z bardziej popularnych gier na Essen – „Potion Explosion”. Czytałam o niej, że na początku zaciekawia, a później nudzi, więc sama się chciałam przekonać jak jest naprawdę. Na pewno ta gra przyciąga wzrok, a wszystko za sprawą oryginalnego wyglądu. Nie ma planszy, jest za to pudełko zawierające kulki w czterech kolorach, które ułożone są w kilku rzędach. Każdy z graczy dostaje tekturowe butelki (tytułowe mikstury), które będzie tworzył umieszczając na nich kulki w odpowiednich kolorach. W rozgrywce liczą się wybuchy, czyli takie wyjęcie kulki z podajnika, które spowoduje, że te kulki, które zderzą się ze sobą będą w tym samym kolorze. Pozwala to również na ich zabranie do siebie (a jeśli ta eksplozja spowoduje kolejną, to zabieramy następne kuleczki, i tak dalej…). Trzeba przyznać, że gra się bardzo szybko. Teoretycznie jest się nad czym zastanawiać, ale jakoś przestojów nie było, a grałam dwa razy w różnym gronie. Czas gry jest na tyle krótki, że nie zdąży się ona znudzić. W mojej opinii jest to przyjemna, relaksująca rodzinna gra.
Po zakończeniu rozgrywki w „Potion Explosion” opuściłam salę Essen i poszłam popatrzeć, co znajduje się na stoiskach wystawców, a przy okazji zebrać kupony uprawniające do wzięcia udziału w głównej atrakcji wieczoru – losowaniu nagród, które tradycyjnie ma miejsce na zakończenie dnia. Nie będę opisywać stoisk w kolejności odwiedzania, bo tej nie pamiętam, napiszę tylko, co ciekawego rzuciło mi się w oczy. 

Na wejściu, jak co roku, było stoisko Trefla, który jako firma lokalna jest też jednym ze sponsorów Festiwalu. Moją uwagę zwróciło nowe „5 sekund” w niebieskim pudełku. Zgodnie z informacją na okładce zawiera ono pytania przygotowane przez graczy. Nie miałam okazji zagrać, ale dla fanów „5 sekund” to na pewno dobra nowina (ja się do nich nie zaliczam, ale mogę zagrać dla towarzystwa). Widziałam też reklamy „Santiago” i nowość – „Ego”, ale trzeba przyznać, że stoliki były cały czas oblegane, więc nie miałam okazji się przekonać czy to są ciekawe gry. 
  
Zaskoczeniem było dla mnie wydawnictwo Albi i gra „TelePatia”, która okazała się bardzo przyjemną grą imprezową o banalnych, jak to zwykle z takimi grami bywa, zasadach. Gra się parami, jeden z graczy rzuca kostką, na której są tylko dwa symbole – litery i flamastra. Następnie losuje kartę i kładzie ją, zgodnie z wyrzuconym symbolem, obrazkiem (dla flamastra) lub słowem (dla litery) do góry. Następnie ta para ma krótką, odmierzaną klepsydrą, chwilę na napisanie pewnej liczby słów, które im się z tym obrazkiem/słowem kojarzą. Liczba słów określana jest przez pole na planszy, na którym stoi ich pionek. Po upływie czasu odpowiedz są porównywane i gracze zdobywają tyle punktów ile mają wspólnych wypisanych na kartkach. Trochę to przypomina pisemną „Familiadę” – trzeba przemyśleć, jakie odpowiedzi może dać druga osoba. Bardzo dobrze się w to gra, polecam spróbować.

Zawitałam też na stosiku Egmontu, gdzie zagrałam w „Hollywood”, grę karcianą z mechanizmem draftu (gracze otrzymują pewną liczbę kart na start, zostawiają sobie jedną resztę przekazują następnej osobie i tak w kółko; identycznie jak choćby w „7 Cudach Świata”. Zadaniem w grze jest stworzenie przeboju kinowego dzięki takiemu skompletowaniu kart, które da dużo punktów zwycięstwa. Każdy film musi posiadać scenariusz, reżysera i chociaż jednego aktora, pozostałe karty (osoby) mogą go tylko wzbogacić. Każda karta ma jeden lub kilka symboli i im więcej mamy kart z tym samym symbolem tym więcej punktów dostaniemy. Oczywiście są jeszcze postacie specjalne dające dodatkowe bonusy, więc jest się nad czym zastanawiać przy wyborze. Gra wprowadza także licytację – po skompletowaniu ekipy można jeszcze spróbować kupić jedną z kart specjalnych, ale jeśli licytacja się nam nie powiedzie (ktoś nas przebije), to tracimy pieniądze i odchodzimy z kwitkiem, a że pieniądze to punkty zwycięstwa, to rozwaga jest wskazana. Byłam zaskoczona tym, że gra jest całkiem niezła, chociaż pewnie tematyka robi swoje, podobało mi się robienie filmów. Egmont stawia przede wszystkim na gry dziecięce lub rodzinne i „Hollywood” należy właśnie do tej drugiej kategorii. Jeśli szukacie przyjemnej karcianki w klimatach filmowych, to polecam. 

Największe stoisko miał Rebel, który podzielił je na gry Queen Games (chociaż wydane przez Rebel.pl), Bombyx, Space Cowboys i wreszcie Rebel. Na środku królował Dełorean, promująca minidodatek do „Colt Expressu” – właśnie „wagonik” w postaci miniaturowej wersji tego samochodu (wszak Marty McFly wylądował w przyszłości 21 października 2015 roku). Pierwszego dnia grałam w „Cardline”, czyli grę w której układamy zwierzęta w kolejności według jednego z trzech atrybutów – wagi, długości życia lub wielkości. Podobało mi się bardzo, zwłaszcza, że cenię tę serię gier (zarówno „Cardline”, jak i „Timeline”) za walory edukacyjne, zasady do wytłumaczenia w dziesięć sekund i za to, że praktycznie każdemu się podobają. Zbliżają się Święta – to zawsze dobry pomysł na prezent. 

Druga gra, która przyciągnęła moją uwagę to „T.I.M.E. Stories”, czyli próba przeniesienia pecetowej gry przygodowej na planszę (chodzi mi o mechanikę, nie konkretny tytuł). A o co dokładnie chodzi? - ludzkość odkryła jak podróżować w czasie, ale coś złego z tym czasem się dzieje. Nie wiadomo, kto i dlaczego manipuluje nim w niewłaściwy sposób. Przenosimy się do szpitala psychiatrycznego i staramy się rozwikłać zagadkę. Każda akcja kosztuje nas pewną ilość czasu, który jest ograniczony, gdy go zabraknie, to gra się kończy. Na pewno za pierwszym razem nie uda się skończyć rozgrywki z sukcesem; za drugim też pewnie nie, ani za trzecim, ale za każdym razem będziemy mądrzejsi. Będziemy wiedzieli gdzie iść w pierwszej kolejności i  co tam zrobić, aby zaoszczędzić  czas. Czyli niestety – pewną część historii będziemy odgrywali kilkukrotnie. Nie zagrałam w „T.I.M.E. Stories” z jednego, konkretnego powodu – to nie jest gra na takie miejsce. To tak, jakbyście gdzieś na targach gier video zagrali w kawałek przygodówki i poszli dalej, nie dbając o dalszy ciąg historii. Muszę przyznać, że internetowe opinie są bardzo skrajne – od ogromnych zachwytów po narzekanie na praktycznie zerową regrywalność (gdy poznamy całą historię, to możemy grę sprzedać lub czekać na nowe scenariusze). Jeśli ta gra zostanie wydana po polsku, to będę pierwszą osobą, która ją kupi. Uwielbiam gry przygodowe, a ta wygląda fantastycznie. Ma mroczny klimat i piękne, niepokojące ilustracje. Zakładam, że będzie to gra 18+, bo na dzień dobry (weszłam na próbę do jednego pomieszczenia), natknęłam się na próbę gwałtu. To zawsze jest bardzo kontrowersyjne i raczej w planszówkach niespotykane, na pewno nie będzie to gra dla każdego i właśnie historia i osadzenie jej w realiach szpitala psychiatrycznego z barwnymi postaciami (m.in. kanibal czy erotomanka) tyleż osób zachęci, co odstraszy. 

Zagrałam też w „Teby” grę wydaną pierwotnie przez Queen Games, a teraz po polsku przez Rebela. W grze tej wcielamy się w archeologów poszukujących wiedzy na temat różnych miejsc, w których można prowadzić wykopaliska, aby później udać się do takiej lokalizacji i kopać w poszukiwaniu cennych przedmiotów. W grze występuje zarządzanie czasem – każda czynność (podróże między miastami, zbieranie wiedzy, wykopaliska) trwa pewną liczbę tygodni i musimy zdecydować gdzie chcemy pojechać lub ile czasu chcemy poświęcić na poszukiwaniach (im większa nasza wiedza tym większa szansa coś znaleźć). Zawsze jako pierwszy porusza się gracz, który jest ostatni na osi czasu, czyli do tej pory wykorzystał go najmniej. Gra faktycznie odzwierciedla życie archeologa – można mieć dużo wiedzy, spędzić dużo czasu szukając i wszystko z marnym skutkiem albo pojechać trochę w ciemno i mieć dużo szczęścia, bo właśnie na nim w dużej mierze ta gra bazuje. Jest to na pewno tytuł rodzinny, nieskomplikowany, bez interakcji, dobry na wprowadzenie w świat planszówkowy. Wierzę, że wielu osobom się spodoba, ale mnie „Teby” są po prostu nudne. Pomiędzy swoimi turami mogę zjeść obiad, pozmywać czy wstawić pranie i to wszystko bez szkody dla rozgrywki, coś jak oglądanie opery mydlanej – opuścisz 50 odcinków, a wątek nie ucieka. Jako, że Queen Games zawsze przykłada wielką wagę do wyglądu swoich gier, to i ta nie odstaje jakością, jest bardzo przyjemna dla oka, mnie to jednak nie wystarcza. 

Na koniec opisu dnia pierwszego mogę przejść do gier moim zdaniem najlepszych. Hitem targów zostaje „Red7” wydawnictwa Lucrum Games. To mała, niepozorna karcianka, a jednak daje wiele radości z gry. Mamy 49 kart – po siedem w każdym z kolorów i o wartościach od 1 do 7. W swojej rundzie musimy wyłożyć jedną kartę i musimy zrobić to tak, aby wygrywać z pozostałymi graczami. Jeśli nie jesteśmy w stanie wyjść na prowadzenie, to odpadamy z rozgrywki. Na początku zawsze liczą się najwyższe wartości, więc jeśli ktoś wyłoży „3”, a następna osoba „5”, to wszystko gra – druga osoba dołożyła kartę, dzięki której wygrywa. Remisy rozstrzygane są przez kolory kart – mamy krótką podpowiedź jak wygląda ich hierarchia. Jeśli kolejny gracz nie jest w stanie dołożyć wyższej karty może zmienić zasady gry. Każda z siedmiu kart (mówię o liczbach od 1 do 7) ma możliwość zmiany zasad. Można zmienić „najwyższa karta wygrywa” na na przykład „najwięcej kart poniżej czwórki” lub „najwięcej parzystych kart” – grunt by po dołożeniu karty na stół dalej wygrywać. Muszę przyznać, że zabawy i kombinowania jest naprawdę dużo, a wszystko to w wariancie podstawowym, zaawansowanego (z dodatkowymi akcjami kart) jeszcze nie próbowałam. Już nie mogę się doczekać, kiedy zakupię własny egzemplarz, szkoda, że na targach gra jeszcze nie była dostępna.

Druga gra, która mi się spodobała to „Hero Dice” od Galakty, który dopiero zostanie w Polsce wydany. Jest to jednoosobowa gra, w której wcielamy się w znanego z DC Comics superbohatera (będą dwie wersje – Batman i Superman) i walczymy ze złoczyńcami atakującymi miasto. Wszystkie postacie znane są oczywiście z komiksów. Jak sama nazwa wskazuje do walki używamy kości (dużych i naprawdę świetnie zrobionych), pomóc możemy sobie kartami zdolności specjalnych. Oba zestawy – Batman i Superman można połączyć, aby stworzyć 2-osobową grę kooperacyjną. W taki właśnie wariant miałam okazję zagrać z autorką bloga Red Dice. Bawiłyśmy się bardzo dobrze, chociaż trochę brakło nam szczęścia przy rzutach. Końcowy wynik był jaki był (świat nas na dłużej jako superbohaterki nie zapamięta), ale nie szkodzi, grało się świetnie. Ja się nawet cieszę, że gra przy pierwszym podejściu pokazała pazurki, jakby było łatwo od początku, to gdzie wyzwanie? Jeśli lubicie takie klimaty i turlanie kostką, to śmiało kupujcie, bo warto.

Dzień zakończył się ogłoszeniem wyników konkursu na Grę Roku i Zaawansowaną Grę Roku 2015. Pierwszy raz zrobiono to tuż przed losowaniem nagród, dzięki czemu była spora publiczność. Organizatorzy nie ustrzegli się wpadki, bo, jak sami wspomnieli, wyniki pojawiły się w Internecie zanim zostały ogłoszone na scenie. Grą Roku został „Splendor” wydawnictwa Rebel, a Zaawansowaną Grą Roku „Osadnicy: Narodziny Imperium” Portalu. Dla mnie bez zaskoczeń, spodziewałam się, że to właśnie te tytuły zdobędą nagrody. Po ogłoszeniu zwycięzców wręczono też nagrody laureatom Mistrzostw Polski w grze „Splendor”. 

Ogłoszenie zwycięzców Gry Roku i Zaawansowanej Gry Roku

To tyle wrażeń z pierwszego dnia. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że w ogóle nie zawitałam w wypożyczalni, cały czas spędziwszy wyłącznie w sali Essen i na stoiskach, na nudę jednak nie mogłam narzekać.

Dzień 2

Dzień drugi spędziłam w trochę zmienionym towarzystwie, dlatego zaczęłam obchodzenie stanowisk od początku. Zagrałam w kolejną grę od Queen Games wydaną teraz po polsku – „Łowców smoków” Richarda Garfielda, znanego przede wszystkim z „Magic the Gathering” oraz „Potworów w Tokio”. „Łowcy” to lekka karcianka, wprowadzenie do mechaniki draftu (wybieramy jedną kartę, resztę przekazujemy kolejnej osobie, itd.). W grze mamy trzy krainy, do których udadzą się bohaterowie w poszukiwaniu skarbów. Każda kraina ma swój kolor i śmiałków do niej przypisanych. Kolekcjonujemy więc karty w drafcie, aby na koniec wykładać te, które przypisane są do danego terytorium, żeby porównać jak nam poszło w porównaniu z innymi. Skarby zabierają osoby, których łączna siła bohaterów w danej krainie jest najwyższa lub najniższa. Co ciekawe, ci najgorsi i z najmniejszą siłą czasami dostają rzeczy odejmujące punkty zwycięstwa, a czasami wręcz przeciwnie – bardzo cenne przedmioty. Oczywiście w grze występują karty, którymi można tę siłę bohaterów modyfikować. Wrażenie z rozgrywki mam mieszane. Nie porwała mnie, ale może to wina dość kiepskiego tłumaczenia przez osobę ze stoiska (no niestety, przykro mi to pisać, ale brakło umiejętności przekazywania wiedzy i przede wszystkim chęci i zaangażowania, możliwe, że ze zmęczenia). Moi współgracze mieli bardziej optymistyczne opinie. Musiałabym zagrać na spokojnie jeszcze raz i, jak wszyscy zgodnie stwierdzili, przeczytać wcześniej instrukcję. 

Zagraliśmy następnie w „Boost”, czyli grę, którą można nazwać następczynią „Dobble”, bo też opiera się na spostrzegawczości i ma okrągłe karty zapakowane w podobne okrągłe pudełko. W grze występuje kilka kategorii przedmiotów (np. ciastka, pojazdy, potwory) – do każdej kategorii przyporządkowane są rysunki – całość – jakie rysunki należą do której kategorii – przedstawiona jest jako ściąga na kilku kartach. Naszym zadaniem jest wykładanie kolejno kart (ale bez zakrywania poprzednich) i szukanie dwóch należących do wspólnej kategorii. Jeśli takie zauważymy, to mówimy nazwę kategorii i zabieramy karty jako trofeum (i punkty zwycięstwa na koniec). Z tego co wiem, gra ma kilka wariantów, my zagraliśmy tylko w ten. I zdania były podzielone – niektórym się spodobało, innym wcale. Na pewno ten tytuł wymaga ogrania, bo czasami trudno jednoznacznie stwierdzić, do której kategorii dany rysunek należy (zwłaszcza jest kłopot z rozróżnieniem ciastek i słodyczy). Moim zdaniem „Boost” hitem na miarę „Dobble” się nie stanie, ale zagrać można.

Następnie poszliśmy na stoisko Albi, gdzie tym razem zagraliśmy w „Party Time”, grę imprezową, kolejną wariację na temat kalamburów. Gramy parami i w zależności od tego, na którym polu zatrzyma się nasz pionek, takie czynności wykonujemy – możemy opisywać słowa, które ma odgadnąć nasz partner, opisywać znane postacie, pokazywać coś albo nawet wymyślać rymy. Podoba mi się urozmaicenie, jakie ta gra oferuje, jeśli ktoś lubi taką zabawę (ja tak), to się nie rozczaruje, bo to całkiem udany tytuł. 

W nic więcej nowego drugiego dnia nie zagrałam, bo pokazywałam znajomym kilka gier z poprzedniego dnia. Zajrzałam jeszcze ponownie na stoisko Galakty, gdzie miałam okazję zobaczyć prototyp kolejnej planowanej do wydania gry – „Na chwałę pana” (jeśli nie przekręciłam tytułu. Wbrew tytułowi nie jest to pozycja religijna, bo o mrocznego władcę kreatur tu chodzi. Naszą rolą jest budowanie wieży (swojej i przeciwników) poprzez dokładnie kart ze sługusami. Każdy sługus ma swoją inicjatywę (szybkość wykonania ataku) i ewentualnie jakieś zdolności specjalne. Zestawianie potworów ze sobą prowadzi do starć, które powodują przerzedzanie się szeregów. Wygrywa ten, kto na koniec będzie miał najwięcej postaci w swoich szeregach. Jest to w założeniach bardzo wesoła i dynamiczna karcianka, w której jest sporo zamieszania. Postacie są zabawne, całość utrzymana jest humorystycznym tonie. Nic więcej nie jestem w stanie napisać, bo nie miałam okazji zagrać. Ciekawa jestem wrażeń z gry, mam nadzieję, że nadarzy się taka możliwość.
Krótkie podsumowanie

Tegoroczny Festiwal GRAMY wyglądał dla mnie trochę inaczej niż dotychczas i nie mówię tu o przemeblowaniu hali wystawowej. Przede wszystkim nie korzystałam z wypożyczalni gier, chociaż tu tradycyjnie były problemy ze stolikami. Była natomiast rozłożona wykładzina, więc granie na podłodze było trochę bardziej komfortowe. Mimo tych problemów ze stolikami mam wrażenie, że frekwencja była niższa niż zazwyczaj, chętnie popatrzę na festiwalowe statystyki, jeśli się pojawią (no właśnie przeczytałam, że było 400 osób więcej niż w roku ubiegłym - nie było tego widać). Więcej czasu spędziłam na stoiskach wydawców, ale i tak nie udało mi się we wszystko zagrać, bo na takich imprezach czas płynie nadspodziewanie szybko. Teraz zostaje tylko czekanie na kolejną edycję, która odbędzie się w Gdyni prawdopodobnie pod koniec kwietnia 2016 roku.



4 komentarze :

  1. Oj tak pech w rzutach dawał się we znaki. Pozdrawiam i do zobaczenia w Gdyni! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super wydarzenie, szkoda że mieszkam tak daleko, czy są takie organizowane też na południu Polski?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak szczerze mówiąc to na południu Polski jest nawet więcej. Np w najbliższym czasie Pionek. http://pionek.org/

      Usuń
    2. Dokładnie, Pionek w Gliwicach organizowany jest regularnie. Są też spotkania z grami w Krakowie, Wrocławiu i naprawdę wielu innych miastach.

      Usuń

 

Blog przez e-mail